Felieton


Andrzej Dobrowolski Niewinny

Racjonalizm

Oboje z żoną uważamy się za racjonalistów. Solidnych, porządnych, jak w słownikowej definicji stoi. W każdym razie uważaliśmy się, dokąd nie spotkaliśmy wróżki z Lublina, pani Czesławy B. Miało to miejsce przed dwunastu laty, odtąd nasz racjonalizm lekko jakby ścieniał. Owszem nadal uznajemy, że życie jest formą istnienia białka, ale... - powtarzając za Osiecką -... "ale w kominie coś czasem załka, czasem coś liźnie, czasem coś świźnie, coś się pokaże w samej bieliźnie".

Pani Czesława odmieniła nasze życie na lepsze w tej jego części, która ma związek ze zdrowiem i dobrobytem materialnym. Przekonawszy nas przez lata niezbitymi argumentami, iż posiada wiedzę o zdarzeniach, które mają dopiero nastąpić, nie przewidując osobistych katastrof na najbliższy rok - jeździmy do niej co lato - uwalnia nas od obaw, że tym razem kłucie w prawym boku, to już nic, tylko to samo, co przydarzyło się sąsiadowi, na którego pogrzebie byliśmy w październiku. "Nie martw się, to na pewno nic poważnego, zaraz przejdzie. Pani Czesia by przecież powie...". I okazuje się, że jak zwykle żona znów miała rację, bo przeszło. Być może szybciej i łatwiej, jako że zamiast zamartwiać się chwilową dolegliwością, zapomniałem o niej w tej samej chwili, w której usłyszałem żonine: "przecież pani Czesia by powie..."

To jeśli chodzi o zdrowie. Drugą sprawą - nieco mniej, ale również ważną - jest wizerunek przyszłości w jej aspekcie materialnym, w kartach uwidoczniający się jako powodzenie. Ma przyjść i to wielkie. Nie pozwoliłbym sobie nigdy na brak elegancji zapytaniem "kiedy", ale ma być. Z roku na rok jest, idzie, czyha za rogiem. Ile to już razy zrezygnowalibyśmy z trudnej pracy mającej na celu urzeczywistnienie owej wróżby, gdyby nie pewność sukcesu przewidzianego przez panią Czesię. Zwłaszcza kiedy ciężki wóz pchany pod wyjątkowo stromą górę znów zaryje się w błotnistych wykrotach przeciwności losu i wygodny rozsądek podpowiada: "odpuść, daj spokój, nie warto". Wówczas słowa pani Czesi, jak ożywczy napój z reklamy, dodają skrzydeł, siły i energii, przeszkoda zostaje pokonana, przychodzi prosta, potem znów chwila z górki i uśmiech wraca na swoje miejsce, prowokując życie do radości.

A czyż nie o to chodzi?

Panią Czesię poznaliśmy dzięki innej czarownicy, która kilkaset lat temu podobnie jak ona sama, ani chybi, skończyłaby jako pochodnia, rozjaśniając na stosie mroki inkwizycji. Mieszka w małym miasteczku nie opodal Lublina i potrafi wyzwalać ludzi od większości chorób, na które udaje się nam zachorować. Jeśli potrzeba jest pilna, a pacjent daleko, za oceanem na przykład, czyni to za pomocą telepatii, na odległość. Dzwoni się, mówi "dolega mi to i to", na co pani Danusia, bo o niej mowa, stwierdza "wiem, wiem" (skąd??), czyni swoje czary-mary i w większości przypadków "to i to" mija bez śladu. W sprawach poważniejszych, jeśli lekarze stwierdzili, że ich wysiłki zostały wykorzystane w komplecie i jedyne, co mogą zrobić, to wypisać skierowanie do hospicjum, trzeba się do pani Danusi pofatygować osobiście. Ale tylko wtedy.

Racjonalizm podpowiadający nam, żeby nie dociekać skąd i jak, a cieszyć się bezpieczeństwem wynikającym ze znajomości z czarodziejką, jest nie do przecenienia. Ktoś zdany wyłącznie na łaskę i niełaskę wiedzy i niewiedzy konwencjonalnej medycyny, nie doświadczył prawdopodobnie nigdy spokoju, jaki jest naszym udziałem.

A czyż nie o to chodzi?

Trzecim, last but nie najmniej istotnym czynnikiem wpływającym bezpośrednio na odczuwanie życia jako spełnione, radosne i szczęśliwe jest racjonalizm objawiający się w nienegowaniu pomysłu pewnego zacnego Hindusa o nazwisku Sathya Sai Baba. Jak sam twierdzi, jest awatarą, czyli żyjącym wcieleniem Boga, którego cząstkę nosimy w sobie. Zapożyczyliśmy od niego przekonanie, iż wszystko, co nam los zsyła, jest w danym momencie naszego życia optymalne. Zdaje się, że Sai Baba ów optymalizm zdarzeń odnosi do duchowego rozwoju jednostki, my jednak objęliśmy nim zdarzenia wszystkie, w komplecie, jak lecą. Po prostacku może, ale jakże racjonalnie. Praktykując od kilku lat owo przekonanie, stwierdziliśmy, że żyje się nam nie tylko bezpiecznie i szczęśliwie, ale bezstresowo. Niewykluczone bezpiecznie i szczęśliwie ponieważ bezstresowo, ale kto by tam dociekał skutków i przyczyn, kiedy liczą się efekty. Co by nie powiedzieć, znacznie prostsze jest stwierdzenie, że coś, co się przydarzyło jest optymalne, niż obwinianie się o nieodwołalny zwykle krok uczyniony wcześniej. Wtedy dziura w oponie podczas ulewnego deszczu nie wywołuje kłótni zaczynającej się od "bo mówiłam, żebyś nie jechał poboczem pełnym gwoździ!", a prowokuje raczej do racjonalnej pociechy: "Nie wiadomo od czego gorszego nas to uchroniło ".

Brzmi to wszystko naiwnie, infantylnie i zabobonnie?

Być może. W naszym przypadku jest skuteczne. Co nie znaczy, oczywiście, że pasuje każdemu. Racjonalizm ma wszak tyle postaci, ilu racjonalistów go wyznaje. A jako wiara - bo czymże jest jak nie wiarą? - poddany bywa tego samego rodzaju weryfikacji co i nasze przekonanie o możliwości przewidywania jutra, telepatycznym leczeniu chorób i tym, że wszystko, co nam los zsyła, jest w danym momencie życia optymalne.

Czy to prawda?

Jako racjonalista jestem głęboko przekonany, iż na całym globie ziemskim, wraz z jego satelitą i sąsiednimi planetami, nie ma mądrego, który by na to pytanie znał odpowiedź. A skoro tak, to czy warto pytać? Ograniczam się zatem do obserwacji skutków, te zaś wydają się świadczyć, iż lepiej być głupszym, a pogodnym, niż mądrzejszym, a smutnym. Dlatego wierzę Sai Babie, pani Czesi oraz w to, że możliwe jest uzdrawianie na odległość. Pozostając oczywiście stuprocentowym racjonalistą.

Nasz Czas 23/2003 (612)